24 marca 2015

transwelove :)

Metoda transferu kusiła mnie od dawna. Kiedy na pintereście zobaczyłam ten piękny cytat wiedziałam, że po prostu muszę, że teraz już nie ma odwrotu;)



Przypomniałam sobie o surowej desce, kupiłam olejek. Zrobiłam wydruk, chuchałam, dmuchałam, czarowałam:)


Myślę, że jak na pierwszy raz wyszło całkiem dobrze:) Napis odbił się dosyć równo, mocno:)
Ale ile się natarłam, tylko moja boląca ręka wiedziała;)

A tak prezentuje się w pełnej okazałości:)




Będzie więcej:) Wciąga ogromnie:) A Wy? Transferowałyście kiedyś?



14 marca 2015

Nie jestem sama..

Zawsze wydawało mi się, że moje życie jest proste. Zdrowe dzieci, mało zmartwień, dużo śmiechu na co dzień. Żyliśmy co prawda bez jakiejś finansowej nadwyżki, ba - nie zawsze starczało do pierwszego i chętnie korzystaliśmy z debetu... Ale nikt nigdy głodny nie chodził, starczało na drobne przyjemności, może nie wszystkie - ale może dlatego tym bardziej cieszyły?



Gdy człowiek zostaje odcięty od poczucia, że jest bezpieczny zaczynają drżeć ręce, drży głos. Trzeba się uśmiechać, bo ludzie mają większe problemy, trzeba pokazać sobie i dzieciom, że w życiu zdarzają sie chwile, gdy jest po prostu trudniej. Ale przecież zawsze po burzy wychodzi słońce, prawda?

K. zawsze pracował fizycznie, dużo było zleceń z dnia na dzień, i cieszyły te wciąż przybywające drobne, które po podliczeniu okazywały się kwotą wystarczającą na spokojną codzienność. Dlatego, w dniu wypadku K. wiedziałam, że będzie trudno. Finansowo - to też, ale przede wszystkim trudne będzie dla niego poczucie bezsilności. Bo teraz trzeba przez jakiś czas nie poruszać ręką, nie przeciążać, a póki co modlić się, by obeszło się bez operacji...

A mimo wszystko w sercu, nad panoszącym się strachem i złością, panuje jednak spokój i pewność, że nie jesteśmy sami. Rodzina. Wielkie słowo. Ludzie, dla których jesteśmy ważni. Którzy, prócz zwykłej ludzkiej pomocy, okazują ogromne serce, i starają się, by nikt z nas nie odczuł tego wszystkiego jeszcze bardziej. 

W takich chwilach zastanawiam się, co muszą czuć osoby samotne. Na co dzień, ale też w sytuacjach zwątpienia. Samotność to taka straszna trwoga. 

Boże dzięki Ci za wszystkich bliskich naszemu sercu, za ich śmianie się ze mną, i wspólne płakanie. Za to, że przy nich nie muszę udawać, że mogę mieć dosyć czasami. Daj nam Boże siłę na ten czas. I zdrowie dla K. By i w jego sercu znów zagościł spokój. By mógł nosić nasze radości na rękach, chichotać z nimi łaskocząc ich stopy. Wiosna za progiem. Oby i dla nas była radością.. czy będzie?

24 stycznia 2015

A w mojej głowie wiosna:)

Ja wiem, że lada dzień zaczyna się drugi tydzień zimowych ferii.. i nawet za chwilę zaczynam urlop, by móc z dzieciakami na łyżwy pojechać, na basen, na ich "ukochane kulki", miejmy nadzieję, że ulepimy też bałwana i porzucamy się śnieżkami:) A mimo to w mojej głowie wiosna:)
A wszystko to za sprawą planowania urządzania tarasu - naszego tarasu nad garażem:) Myśli tłoczą się w głowie, oczyma wyobraźni widzę już nas popijających winko w świetle gwiazd, otulonych zapachem ziół i kwiatów...

Póki co jest łysawo... Oczywiście drzewa w tle, to wersja jeszcze wczesnojesienna:)


Pole do popisu jest - taras ma wymiary 5x8m. Sztachetki do barierek już są, teraz jeszcze tylko cała konstrukcja, na której barierki będą zamontowane.Marzy mi się taka, jak u Kasi z jednego z moich ulubionych blogów mojdom-mojemiejsce 

Czyli taka, która pozwoli na zawieszenie firan, dodających lekkości ale też chroniących przed słońcem czy komarami:) Czyż u Kasi nie jest pięknie?

Nie pogardziłabym też altaną, bo ze względu na to, że okna naszego salonu i sypialni wychodzą na taras, nie chcielibyśmy zabrać światła całkowitym jego zadaszeniem
O, np taki
A później dodatki, światło, kwiaty... Może grill. Hamak już jest, krzesła są, stół co prawda z odzysku ale póki co się nada... Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła rozkoszować się tym naszym azylem, ale póki co... pozachwycajmy się cudnymi inspiracjami:)






11 stycznia 2015

od lat...

Wiele osób ostatnio pokazywało odświętne domy, ustrojone stoły, światełka migoczące tu i ówdzie, klimat otaczający świąteczny czas. Było, i pewnie dalej jest, pięknie.. u nas, na piętrze, świerk jeszcze dumnie wznosi ramiona, połyskując bombkami i migocząc blaskiem lampek.. trudno z nią się rozstać, lubimy te wieczory w jej objęciach.
Druga panna zielona, na dole w salonie, okazała się mniej odporna na mijający czas.. Może to cukierki ciężkie, zdejmowane co i rusz, naruszyły delikatne gałęzie? Może to, że bez korzenia bo wielka przecież, jako ta główna, świąteczna ozdoba domu.. Przyszedł czas, gdy puste pudełka wyciągnęliśmy z powrotem z szafy, by delikatnie ułożyć w nich każdą bombkę..

No właśnie:) Choinka strojona na piętrze, nasza, pełna jest dziecięcych ozdób, pierniczków, papierowych łańcuchów. Ale bombki młode jeszcze, jak nasza rodzinka:) Za to choinka salonowa, ta na dole, stojąca u rodziców, to już prawdziwa historia. Tam z każdą bombką związana jest jakaś historia, dlatego zawsze, przy rozbieraniu, przy tym układaniu do pudełek starannym, wspominamy...


 Są np. bombki, z których już farba zeszła, ale wiadomo, że pamiętają one niejedne Święta w rodzinnym domu mojej mamy, gdy jeszcze Ś.P. Babcia Helena i Dziadziuś Wiktor gospodarzami domu byli, nie wiem dokładnie, ale przypuszczamy, że ta powyżej np. ma prawie 50 lat!




Są trochę młodsze, jak te, które moja mama kupowała będąc młodą żoną, chcąc dołożyć swoje ozdoby na rodzinnym drzewku

Łabędzie, które pewnie w niejednym domu choinkę stroją, w większości już pozbawione to ogona, to dzioba, ale jakoś tak trudno z nimi się rozstać...






Jest rybka, którą kiedyś ofiarowała mi moja przyjaciółka, Monika, miałyśmy może po 12 lat. Myślę, że do dziś spełnia moje świąteczne marzenia:)

Są bombki, kupione przez moich rodziców, w rok narodzin dzieci: Michała, moja, Krzyśka. Są też takie, które kupiliśmy z Kamilem, gdy rodziły się nasze dzieci:)





Ta towarzyszyła mi w czasie niesamowitej Wigilii, spędzonej w szpitalu, gdy obok mnie spała
maleńka Paulinka... jakież to było niesamowite Boże Narodzenie! 






Każda inna, każda - rzec by można - z innej parafii. Nie sposób ubrać naszej rodzinnej choinki modnie, jednokolorowo, nie sposób - bo nie wyobrażamy sobie tej naszej panny zielonej, bez tego kawału czasu, bez tej historii rodzinnej, pisanej co roku:)



 i tak... od lat... za rok znów obudzimy historię:)



30 grudnia 2014

Jaki był ten dzień?

Jaki był ten dzień?...


Jaki był ten rok?
Co darował co wziął?
Czy mnie wyniósł nad ziemię
Czy rzucił na dno?


...

Był dobry, pełen radości, uśmiechu, chichotu dzieci wypełniającego dom od podłogi na parterze, po sam sufit na naszej górze

Był trudny jednocześnie, bo nauczył nas cierpliwości (wciąż czekamy na wymarzoną pracę K.), bo nauczył nas tego, że czasem trzeba zmienić plany (gdy Olek na początku wakacji złamał rękę i wyjazd w góry musieliśmy zamienić na pobliski domek nad rzeką)

W końcówce roku trudny jeszcze bardziej, bo pierwszy raz od długiego czasu, musimy mierzyć się z chorobą bliskiej nam osoby. Oswajać z nią dzieci, rozmawiać o rzeczach trudnych, o chorobie, której czasem nie da się przegonić, przy której modlitwa o uzdrowienie musi być przeplatana z modlitwą o godne przeżycie dni, może tygodni, daj Boże miesięcy, które pozostały. A w tym wszystkim uczyć ich pogody ducha mimo wszystko - ich i siebie nawzajem. Sami też musimy uczyć się rozmowy najtrudniejszej, z osobą chorą, bo jakże potrzebna taka rozmowa nam wszystkim


Jaki był ten rok? Dzieci rosną, rozwijają talenty, odkrywają nowe horyzonty. Olek z grania na klawiszach keyboardu przeskoczył na wymarzony akordeon, który od pokoleń pobrzmiewa na rodzinnych imprezach. Tak się cieszę, bo jeśli wytrwa w tej miłości, to melodie które wzruszały mnie od zawsze, grane przez ukochanego dziadka (ŚP), do dziś grane przez tatę, będzie grał syn mój ukochany:)



I jeszcze coś, PRZYJAŹŃ. Z miesiąca na miesiąc czuję ją mocniej. Mimo braku czasu na ulubione wspólne kawy, mimo tego, że czasami musi wystarczyć tylko krótki sms, to wiem, że myślami często jesteśmy blisko:) Tak blisko, jak blisko siebie są nasze domy, nasze dzieci, nasze bycie razem, gdy latem jakoś bliżej bo w kapciach można pobiec choćby na minutę:)

Tyle tych darów tego roku, a ile jeszcze nie napisanych, ale w sercu noszonych! Dar męża, dzieci, dar tych naszych kłótni i dar pojednania. Bo my chyba inaczej nie potrafimy - ale kocham właśnie to wszystko takim jakie jest;)

A jak Wasz mijający rok zapisał się w pamięci? Plany na kolejny spisane?

27 grudnia 2014

Święta, Święta...

i już po. Ale ja nadal czuję ich magię. Chyba większą niż to bywało wcześniej, mam wrażenie, że wiele rzeczy okazuje się mniej ważnych niż kiedyś myślałam...
A inne okazują się ważne szalenie:)


Ciepłe słowo, spojrzenie głębokie, wspólna kolęda i gra planszowa. Niby wszystko to już było, jak co roku, ale teraz jakoś jednak inaczej... spokojniej


Może dlatego, że na wszystko był czas? I na bycie razem, i na dobre słowo, i na pojednanie...
A może dlatego, że za wszelką cenę nie chciałam by pewne "ustrojstwa" nie panoszyły się po domu:) By uszczypliwości,  złośliwości pochować na dno szafy, zasypać dobrem, uśmiechem - mimo  wszystko

Podążajmy wciąż za gwiazdą! I szukajmy radości u Źródła! Niech rzeczy mało ważne, choć ważne, nie przesłonią nam największego spotkania:)








23 grudnia 2014

Paula

Apogeum przygotowań świątecznych.. uwierzcie mi - nic nie jest ważne, ze wszystkim zdążycie... 3 lata temu wydawało mi się, że jeszcze tyle do zrobienia, że wszystko musi być na ostatni guzik zapięte... I nagle, jak to? Już? Miała być po nowym roku! Pokazała nam, że Święta, to przede wszystkim czas spotkania z drugim człowiekiem.. i Dzieciątkiem. Nigdy Boże Narodzenie nie było tak blisko mnie, jak wtedy gdy w przeddzień Wigilii przyszła na świat. Paula. Dziś na torcie 3 świeczki. Trudno uwierzyć. Znów mogliśmy się zatrzymać w wirze przygotowań:) Mój największy świąteczny prezent:)